O malarzu
Kalejdoskop nr 12 / 2005
Felieton

Maciej Cholewiński
Piotr Borzęcki ze Strykowa

Napisałem "Piotr Borzęcki ze Strykowa", a przecież nie wiem o nim nic. Pytałem w galerii, tyle mi powiedzieli. Wystawa malarza Piotra Borzęckiego nosiła tytuł "Z życia na ulicy Żeromskiego w Strykowie" i wydarzyła sję w Galerii Linie (przy ulicy Narutowicza pod numerem 57 w Łodzi).
Obrazy wystawiono w pomieszczeniu, które bardziej jest pracownią, a mniej, właściwie wcale, galerią. Jest miejscem, w którym prowadzi się terapię poprzez sztukę; są sztalugi, pianino, farby, ładny widok z okna. Obrazy wiszą na ścianach nie jak w galerii, a jak w mieszkaniu, bez specjalnego oświetlenia i innych „profesjonalizmów”, na- chybił trafił.
Znam (to znaczy widziałem ich prace) kilku malarzy, którzy są wielbicielami swojej okolicy. Miasta, wsi lub miast małych, w których nie ma "prawdziwych" teatrów i perfumerii, filharmonii, uniwersytetów, nie jeżdżą tramwaje, a tylko pociągi chyłkiem przemykają wzdłuż parterowych przedmieść.
Wielbiciele to może nie za dobre słowo, gdyż zakłada istnienie jakichś pozytywnych uczuć w stosunku do owej małej rzeczywistości, a nie zawsze tak musi być. Lepiej powiedzieć - widzowie. Jakby spędzali cały dzień, życie, czas na ławeczce przed pocztą, urzędem, knajpką, naprzeciw kościoła, przystanku PKS, najwyższej w okolicy, bo prawie trzypiętrowej kamieniczki w rynku.
Większość widzów w milczeniu uczestniczy w tym rytuale regulowanym przez wschody i zachody słońca oraz przyjazd i odjazd pierwszego i ostatniego autobusu. Znaczy - dzieli się uwagami jedynie z kilkoma najbardziej zaufanymi sąsiadami. Innym ani mru, mru.
Inaczej artyści. Ci muszą jakoś się z tematem zmierzyć. Ten westchnie smętnie, zamyśli się "Osiadłbym w Kutnie lub Łęczycy", ów krzyknie obrazoburczo "A ja mam w dupie małe miasteczka", malarz - muzyk Jacek Palucha z Częstochowy zamieni je w - zresztą, proszę samemu sprawdzić, www.palucha.art.pl - w co. Albo malarz wsi Andrzej Umiastowski - www.galeriatriada.com.
Piotr Borzęcki namalował kilkanaście scen wyjętych z życia małego miasta i są to sytuacje zwyczajne i banalne, a przedstawione po prostu doskonale. Na przykład ta nasza piękna religijność, która czy się komuś podoba, czy nie - po prostu jest. Oto obraz - wizja: panorama malutkiej uliczki. Domy, zwyczajny samochód, prosty obrazek. I... przenikająca to, opiekująca się, patrząca na cień kościoła Matka Boska i mały, bezradny człowieczek, który nie ma się do kogo w swojej bezradności i małości zwrócić.
Nie jest to malarstwo nowoczesne. Kobieta obiera ziemniaki. Kobieta się myje. Fryzjer strzyże i czesze, klienci czekają, widać ich w lustrze. Pijani śpią na stoli¬kach. On i ona w pokoju. On i ona siedzą na łóżku pod świętym obrazem, on wkłada jej dłoń pod bluzkę.
Ta myjąca się kobieta... Pomyślmy: właśnie kończy się jej wiek średni,. a rozpoczyna się starość. Mieszka sama. Musi palić w piecu. Grzać na blasze wodę. Jej mieszkanie jest wysprzątane, cóż innego można robić? Pewnie tyka w nim zegar i gra radio. Na parapecie dojrzewają jabłka i pomidory. Wnętrze ma charakterystyczny zapach, jakiego nigdzie poza Polską nie ma, jabłek i mydlin, drewna i dymu. Parterowego, około stuletniego domu na Chojnach, starym Widzewie, Bałutach, w Zgierzu, Lutomiersku, Pabianicach, Brzezinach, Zduńskiej Woli, Tomaszowie. W Strykowie stoi przy ulicy Żeromskiego.

Ci mężczyźni, którzy zasnęli wśród porozrzucanych na stole butelek. Szkoda. Może się dobrze zapowiadali, a skończyli tak właśnie? Poddali się, złożyli broń, marzenia, wybrali krótkie chwile złudnego szczęścia przy papierosach, bełkotliwych dyskusjach, których rytm wyznacza kolejne piwo, wino, wódka, nalewka, winko, piwko, wóda i papierosek.
Te pary, które spotkały się na uroczym rendez-vous w mało uroczym drew¬nianym domu o zapachu jabłek, drew¬na, dymu i mydlin. Ci mężczyźni, którzy zaszli do zakładu fryzjerskiego. Muszę przyznać, że sam chętnie chodzę do takich zakładów. Żadnych tam nowoczesności. Fryzur, jakie życzą sobie nosić współcześni futboliści, a "krótko, po męsku, z dachówką". Woda kolońska rozpylana jest za pomocą gruszki połączonej z flakonikiem gumowym wężykiem. Lustra są wyblakłe i z liszajami, nożyczki trochę tępe, fryzjerzy gadatliwi, gazety pogniecione, fotele drewniane, dyplom mistrzowski z datą wystawienia 19... i długo przed ...89 rokiem. Mówi zawsze fryzjer, klienci tylko słuchają, jak zresztą dyskutować z kimś, kto trzyma w ręku brzytwę?
I żeby była jasność. Piotr Borzęcki (czy inni przywołani w niniejszym tekście) nie są "barwnymi" malarzami w typie Nikifora (z całym szacunkiem, ale bez euforii), o którym kręci się filmy i zachwyca, kiedy wypada, bo inni się zachwycają. Są malarzami z prawdziwego zdarzenia, którzy w i d z ą i wiedzą jak to widzenie przenieść na płótno. Gdybym - wzorem krytyków filmowych opisujących filmy w gazetach mógł przyzna¬wać jakieś gwiazdki: jedna -: nie warto; dwie można; trzy naprawdę warto - przyznałbym Piotrowi Borzęckiemu trzy. Cztery?

Galeria Piotra Borzęckiego
Copyright 2007